10 lutego 2017

112. „Manwhore +1” Katy Evans (PRZEDPREMIEROWO)

Tytuł: Manwhore +1
Tytuł oryginalny: Manwhore +1
Cykl: Manwhore (tom 2)
Autor: Katy Evans
Tłumaczenie: Monika Wiśniewska
Wydawnictwo: Kobiece
Liczba stron: 384
Data wydania: 17 lutego 2017

Jeżeli nie czytałeś pierwszej części, czyli Manwhore, musisz zdawać sobie sprawę, że recenzja drugiego tomu może zawierać spoilery. Czytasz na własną odpowiedzialność.

Jeżeli czytaliście pierwszą część, to doskonale wiecie, że jej zakończenie nie było szczęśliwe, choć nadal pozostawała mała nadzieja, że wszystko się ułoży, a nasi bohaterowie nie rozstaną się w tak drastyczny sposób. Autorka już wtedy zaserwowała czytelnikom istny rollercoaster, a co za tym idzie — postawiła wysoko poprzeczkę. Czy podołała wyzwaniu i kontynuacja Manwhore okazała się równie dobra, co jej poprzedniczka? I czy Rachel i Malcolm będą mieli szansę na ułożenie sobie życia razem?

Nie wszystko potoczyło się tak, jak oboje by tego chcieli. On poczuł się oszukany, a ona ma pretensje do siebie, że go zraniła. Ich drogi na moment się rozeszły, ale tylko po to, aby los mógł ponownie je połączyć. Jeden artykuł zmienił wszystko, ale tlące się uczucia przybrały tylko na sile. W jednej chwili Rachel zrozumiała swój błąd, wiedząc, że nie może pozwolić odejść Saintowi. Chce wszystko naprawić, a wkrótce się okazuje, że jest ku temu okazja, bo Saint jest w końcu gotowy na spotkanie. Jednak czy tematem ich rozmowy będzie to, co wydarzyło się między nimi jakiś czas temu? Czy raczej biznesmen ma dla niej propozycję nie do odrzucenia?

I dociera do mnie, że miłość jest równie zmienna, jak niebo czy ocean: nie znika, ale nie zawsze jest słoneczna, czysta czy spokojna.

W tej części możemy liczyć na więcej szczerych rozmów między głównymi bohaterami. Żadne nie chce zranić siebie nawzajem, dlatego ich relacje są na samym początku nieco napięte. On — nie chce jej zaufać, bo zaufanie i lojalność to dla niego najwyższe wartości, a ona nie potrafiła tego uszanować. Rachel natomiast boi się wyznać swoje uczucia ponownie oraz jest pewna obaw o kolejną reakcję Sainta. Bohaterowie chcą dać sobie czas, pragną poznać swoje przyzwyczajenia i siebie nawzajem jeszcze w większym stopniu. Pozostaje tylko pytanie, czy uda im się to, ponieważ oboje są bardzo uparci i może nie być łatwo. Najlepsze w tej książce jest to, że miłość rodzi się tu powoli, bohaterowie nie skaczą sobie od razu do łóżka, a nawet, gdy na ich drodze pojawiają się problemy, nie załatwiają wszystkiego poprzez seks, co można spotkać w wielu książkach tego typu.

Powiedzmy sobie szczerze — Saint nigdy święty nie był, ale widać, jak jego postać ewoluuje na przestrzeni dwóch tomów Manwhore. Biznesmen, choć wie, że może mieć dziewczyn na pęczki, woli (nie)zwykłą Rachel, którą ceni za skromność, profesjonalizm i naturalność. W dodatku nikt nie wywołuje w nim takich uczuć, jak główna bohaterka, która jednym spojrzeniem potrafi rozpalić go do czerwoności i wprawić w stan prawdziwej frustracji.

Co do drugoplanowych i epizodycznych bohaterów, to nie pojawiają się oni w jakimś znaczącym stopniu, są raczej zwykłym urozmaiceniem w całej historii i towarzyszą Saintowi i Livingston w kilku sytuacjach. Czy przeszkadza to w jakiś sposób? Nie. Myślę, że i tak autorka nie dała nam poznać ich w dużym stopniu, ale nie czuję, abyśmy coś stracili. Mnie bardziej absorbowały relacje głównych bohaterów, a nie pobocznych.

Kiedy nasze usta odrywają się od siebie, mój mur leży skruszony u mych stóp, ale nie mam w sobie na tyle energii, aby go odbudować.

Nie pamiętam, czy przy recenzji poprzedniego tomu wspominałam, że tytuł jest zupełnie nieadekwatny do treści, jaką reprezentuje sobą ta książka. A nawet jeśli o tym mówiłam, to nadal podtrzymuję tę opinię. Podejrzewam, że tytuł ma związek z postacią Malcolma Sainta, ale na litość boską! To nie jest bohater, który sypia z każdą napotkaną kobietą, choć nie ukrywajmy, że chętnych ma na pęczki i każda kobieta, która spotyka go na swojej drodze, chciałaby chociażby go dotknąć. Myślę, że dlatego niektórzy patrzą na tę książkę z pewną dozą rezerwy — i wcale mnie to nie dziwi, biorąc pod uwagę fakt, że tytuł jest, jaki jest. Ludzie myślą, że to pewnie jakaś książka, w której bohater ma jakieś dziwne dewiacje. Co więc oznacza +1 dodane przy tomie drugiej części? Musicie sami się przekonać.

Jestem człowiekiem pełnym wad, nadziei i strachu, silnym i słabym, i niezależnym — oraz zakochanym w nim tak, jak one z całą pewnością nie są. 

Styl autorki nie uległ jakiejś większej zmianie, ale na pewno widzę lekkie zmiany, jeżeli chodzi o płynność wszelkich wydarzeń. Początkowo wydarzenia płyną wolno, aby w punkcie kulminacyjnym przyśpieszyć i wywołać w czytelniku całą gamę emocji. Nie ma może dużych zwrotów akcji, ale autorka zaskoczyła mnie poprowadzeniem kilku wątków. Nie jest to oczywiście negatywne zaskoczenie, wręcz przeciwnie — cieszę się, że fabuła tej książki nie jest ograniczona wyłącznie do scen erotycznych. Autorka decyduje się na niezbyt długie zdania, raczej na takie średniej długości, w których czytelnik się nie gubi i ma jasny obraz poszczególnych sytuacji. No cóż, nie bez powodu uważa się, że zdania dłuższe niż dwadzieścia wyrazów, są trudne i niezrozumiałe dla potencjalnego odbiorcy, dlatego myślę, że jak na romans, to całkiem rozsądne rozwiązanie.

A jeżeli o scenach erotycznych mowa, to uważam, że Katy Evans ma naprawdę smykałkę do opisywania takich sytuacji. Nic w opisywanych przez nią scenach nie jest wulgarne i nachalne. Każda z takich scen jest opisana w inny sposób, nie nudzi czytelnika, nie odrzuca go w żaden sposób, tylko przyciąga go i wywołuje na policzkach rumieńce. Jest namiętność, pożądanie, ale także czułość i głębokie oraz niezaprzeczalne uczucie między bohaterami.

Podsumowując, uważam że Manwhore +1 jest dobrą kontynuacją. Mnie ta książka przypomina dobrą powieść obyczajową, która jest urozmaicona niebanalnymi i obfitującymi w żar scenami erotycznymi. Bohaterowie są wykreowani w ciekawy sposób, a cała opowieść z każdą stroną nabiera tempa. Rachel i Malcolm to postacie, których chyba nie da się nie polubić. Niezaprzeczalnie Katy Evans skradła moje serce swoją twórczością. Zarówno seria Real, jak i Manwhore trzymają swój poziom, a fankom literatury kobiecej z całą pewnością przypadną do gustu. Ta książka elektryzuje, oszołamia, a w dodatku jest do bólu grzeszna. Niezależnie od pory dnia, mam nadzieję, że spędzicie miło czas przy tej książce, kiedy zdecydujecie się po nią sięgnąć.

***
Za egzemplarz oraz możliwość zapoznania się z książką przed premierą dziękuję Wydawnictwu Kobiecemu.

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz

Dziękuję drogi czytelniku, że postanowiłeś przeczytać ten post. Będzie mi bardzo miło, gdy pozostawisz po sobie jakiś ślad w postaci komentarza i zmotywujesz mnie do dalszej pracy! :)

Pozdrawiam, Ola.

SZABLON WYKONANY PRZEZ RONNIE